Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Wyprawa do świata kolorów - Guatemala
#1
W trakcie porządków dolna szuflada mojego biurka rozpadła się na czynniki pierwsze wypluwając stos żółtych, podłużnych pudełeczek, niewielkich, płaskich paczuszek, różnych cieńszych i grubszych teczek. Pomiędzy nimi były zdjęcia i negatywy z podróży do Guatemali z 1985 roku. Przyszła mi ochota odświeżyć przykurzone wspomnienia …

Była to wyprawa kilkunastu zapaleńców ciekawych zobaczyć " tamtą " stronę świata w sposób niezbyt drogi i niezbyt zorganizowany, gotowych targać cały swój bagaż w plecaku. Guatemala, po latach niestabilnych rządów przerywanych zamachami stanu i walk z miejscową gerrillą ustabilizowała się na tyle, że turystyczne wyjazdy stały się możliwe.
Wyprawa odbywała się pod egidą pewnej młodzieżowej organizacji turystycznej : mieliśmy przewidzianą trasę i przewidziną cenę i szefową znającą ogólnie teren i język hiszpański. Rezerwacja obejmowała przelot samolotem " tam i z powrotem ", parę noclegów w hotelach w większych miastach. Reszta polegała na improwizacji zależnie od sytuacji i organizowała się " sama " w miarę potrzeby i z pomocą uczestników.
Poruszaliśmy się wszelkimi lokalnymi środkami lokomocji z różną szybością i (nie)wygodami, posiłki wieczorne były z reguły wspólne, w ciągu dnia – jak kto chciał. Program dzienny, proponowany lecz dość dowolny, uczestnicy wypełniali według swoich zainteresowań. Każdy przygotowywał się samodzielnie do wyjazdu studiując listę i historię obiektów wartych obejrzenia. Najczęściej zwiedzanie odbywaliśmy w podgrupach a spotykaliśmy się razem na noclegi i na wspólne podróże.

[Obrazek: guatemala-carte.jpg]

Nasza trasa była taka : dojazd z Meksyku autobusem –Tapachula (granica) - Ciudad Guatemala - Antiqua – San Antonio – Chimaltenango - jezioro Atitlan - Panajachel – Santiago Atitlan - Solola - Flores - Tikal - Chichecastenago – Huehuetenango - granica z Meksykiem.

[Obrazek: guat001.jpg]

Do Guatemali wyruszyliśmy z meksykańskiego miasta Oaxaca.
Po kolacji w restauracji podjeżdżamy taksówkami na dworzec autobusowy położony na północy miasta. Autobus do Tapachula już czeka ale jeszcze nie wpuszczają pasazerów do środka. Czekamy. Mija godzina odjazdu i zaczynają odbierać od nas bagaże, ale drugi kufer nie da się otworzyć i część bagaży nie mieści się. Do autobusu nie wpuszczają z bagażem a więc zaczyna się dyskusja. W końcu udaje się otworzyć drugi kufer. Wpychamy nasze plecaki, wsiadamy, mam miejsce w środku autobusu ale przy oknie.
Zaczyna się jazda, najpierw po równej szosie, potem wolniej przez zadziwiające dziury w ulicach mijanych miasteczek, dalej poprzez góry z mnóstwem zakrętów. Zatrzymujemy się na jakiś przystanek w nocy, zbyt krótki nawet na siusiu.

Potem, nagle budzi mnie cudowny świt ; różowe niebo z zaróżowionymi obłokami. Zatrzymujemy się na kilkanaście minut, jakaś pani wysiada i długo szukają jej bagażu w kufrach.
Jedziemy « ciurkiem » do granicy, góry widać już tylko na północy, roślinność jest typowo tropikalna ; palmy kokosowe, bananowce, wszędzie bardzo zielono i wilgotno, słońce pali. Wreszcie przystanek, przesiadamy się na taksówki i szybko gnamy na granicę. Odprawa po stronie meksykańskiej idzie szybko, bagaży nie sprawdzają. Przechodzimy przez most graniczny, dołem rzeka, górą palmy i rośliny o dużych kwiatach. Pobierają taksę od paszportu i na komorze celnej grzebią trochę w plecakach.

Hurrraaa, jesteśmy w Guatemali !

[Obrazek: guat002.jpg]

[Obrazek: guat004.jpg]

Zaraz opadają nas naganiacze i proponują od razu bilety na autobus. Na prędce wcinamy po dwa sandwicze, ten drugi to już właściwie w autobusie i popijamy coca-colą. Znowu odjazd autobusu jest opóźniony o ponad ½ godziny.

Tutejsze autobusy to stare graty o dziwacznej sylwetce, z małymi okienkami z zielonymi szybkami i zadziwiająco wytrzymałym silnikiem. Marki amerykańskie, meksykańskie Diana, pewnie licencyjne Dodge’e nawet przedpotopowe Fordy i Mercedesy z lat 50-tych, 60-tych o tak zdartym lakierze, ze trudno domyslić się ich koloru. (przypominam – akcja dzieje się w 1985 roku).

Jedziemy, po obu stronach szosy towarzyszą nam palmy, pola kukurydzy i trzciny cukrowej oraz jakichś innych roślin o dużych liściach. Jest zupełnie płasko i czuje się wilgoć w powietrzu. Kilkakrotnie zatrzymują nas posterunki wojskowe żołnierzy w łaciatych mundurach.
Mamy do przejechania 276 km. Przez 2,5 godziny pokonaliśmy zaledwie 100 km. Zatrzymujemy się w jakimś miasteczku, zaczyna lać deszcz. Mimo to nasz autobus otacza tłum sprzedawców, mali chłopcy proponują « refrescos », które zgrabnie przelewają do plastikowych woreczków i podają ze słomką.
Krajobraz się zmienia, znikają palmy, jest więcej drzew, na horyzoncie po lewej stronie pojawiają się dwa wulkany. Ich szczyty skryte są w chmurach, które już zasnuły całe niebo. Mijamy jeszcze parę osiedli, kilka kontroli wojskowych i wreszcie o godzinie 16.30 wjeżdżamy do stolicy – Ciudad Guatemala. Do hotelu jest niedaleko, jest mały ale niezłej klasy. W barze kurczakowym obok zapadamy na kolację, w menu są same " kurze " dania.

Od rana, pod opieką szefowej załatwiamy formalności wizowe na powrót do Meksyku i zwiedzamy miasto. Dzielnica południowa, to ta " lepsza ", główna ulica Avenida de la Reforma pełna jest zieleni, ładnych budowli, hoteli, jest kilka pomników głównie zwierząt (?). Czysto. Inna ulica, równoległa do niej też jest szeroka, ze szpalerem drzew po środku. Ulicami jeżdżą samochody głównie amerykańskich marek, długie, szerokie. Kursujące autobusy to mocno sfatygowane, przedpotopowe ruiny w najróżniejszych kolorach i inne żółte, z silnikiem z przodu jak amerykańskie autobusy szkolne.

[Obrazek: guat006.jpg]

Katedra z 1782 roku wykończona dopiero w XIX w. straszy swoją przyciężką sylwetką znaczoną spękaniani powstałymi podczas trzęsień ziemi.

Centrum, czyli ta brzydsza część stolicy ma wąskie uliczki pełne sklepików i warsztatów o czym głoszą bardzo duże i kolorowe szyldy.

[Obrazek: guat003.jpg]

[Obrazek: guat007.jpg]

Wokół niska zabudowa, ciasnota i uliczny tłok. Odnajdujemy polecaną agencję przewozową « Condor » o wnętrzu bardziej przypominającym garaż niż biuro.

Na skrzyżowaniu nieco szerszych ulic trafiamy na coś w rodzaju dworca autobusowego, to stąd odjeżdżają niesamowicie rozklekotane pojazdy różnych agencji ale nie tej naszej wybranki.

[Obrazek: guat009.jpg]

[Obrazek: guat005.jpg]

[Obrazek: guat008.jpg]

Nie szkodzi, znajdziemy ją potem... teraz trzeba obejrzeć miasto.
Powracamy do hotelu i przepakowywujemy plecaki ; rzeczy niepotrzebne przez najbliższe kilka dni i te zakupione jako « pamiątki » pozostają w hotelu a my z małymi bagażami udajemy się znowu zatłoczonymi uliczkami na stację autobusów odjeżdżających do Antigua Guatemala.
Okazuje się, że na "nasz" dworzec autobusowy trzeba dojechać autobusem miejskim.
Wiezie nas stara, kolorowa « blaszanka » o bardzo wąskim przejściu między siedzeniami, z galerią na bagaż na dachu. Autobus zapełnia się bardzo szybko, po kilku minutach już siedzimy we trójkę na siedzeniach przewidzianych dla dwóch osób. Niezbyt szeroka szosa prowadzi przez góry, przedziera się pomiędzy stromymi, skalnymi ścianami, wokół bardzo bujna, ciemno-zielona roślinność powiązana lianami. Na horyzoncie widać wulkany, mamy ochotę wspiąć się na ten najwyższy Agua – 3752 m, ale podejście wymaga 5 godzin, rezygnujemy…

Po około godzinie i 40 km jesteśmy u celu, autobus robi rundkę po miasteczku i zatrzymuje się na rynku.
Antigua ma typowo hiszpańsko-andaluzyjski charakter ; niska, rzadko piętrowa zabudowa z XVIII w., domy kolorowo malowane, głównie na żółto, brunatno, zielonkawo, czasem na biało. Ozdobnie zakratowane okna jak w Sevilli, pełno kwiatów zwieszających się z murów. Urokliwie tu. Wokół cisza i spokój, nasz hotel mieści się przy rynku w zmodernizowanym budynku. W ogrodzie króluje wielka, kolorowa ara.

[Obrazek: guat014.jpg]

[Obrazek: guat011.jpg]
Odpowiedz
#2
Zaraz robimy mały spacer po mieście, kilka kościołów w ruinach – to efekt trzesień ziemi, małe uliczki brukowane kamieniami, tu nie ma asfaltu !

[Obrazek: guat012.jpg]

[Obrazek: guat013.jpg]

Kolację jemy w stylowej restauracji na pięterku, naftowe lampy, drewniane belki sufitu, kwiaty, karta menu wypisana na drewnianej deseczce. Potrawy z lokalnych jarzyn a desery z lokalnych owoców.

Rano, już od 6 - ej budzi ptasi świergot, słońce jeszcze nisko, wulkany spowite w mgłach, które powoli unoszą się wyzwalając góry. Wychodzimy na miasto 5-cio osobową grupką. Na ulicy mijamy dzieci idące do szkoły, wszystkie dziewczynki mają mundurki : kraciaste spódnice i granatowe bluzki.

[Obrazek: guat015.jpg]

[Obrazek: guat016.jpg]

[Obrazek: guat018.jpg]

[Obrazek: guat017.jpg]

Za stragany służą schody katedry...

[Obrazek: guat025.jpg]

[Obrazek: guat026.jpg]

Zachodzimy do hali targowej...

[Obrazek: guat019.jpg]

[Obrazek: guat020.jpg]

Jeden zmotoryzowany mieszkaniec proponuje nam wycieczkę samochodem do San Antonio. Przejeżdżamy przez plantację kawy, zielone ziarna zaczynają się czerwienić.

[Obrazek: guat022.jpg]

Zjeżdżamy stromą, ledwo utwardzoną drogą do osiedla. Po obu stronach sklepiki i warsztaty rodzinne ciągną się przez kilkadziesiąt metrów i jeszcze wokół rynku. W środku różności ; makaty, nakrycia w najróżniejszych kolorach, torby, paski. A wszystkie tak piękne, że nie wiadomo na czym spojrzenie zawiesić ani co wybrać. Niemniej nie wracamy z pustymi rękami.

[Obrazek: guat023.jpg]

[Obrazek: guat021.jpg]

[Obrazek: guat027.jpg]
Odpowiedz
#3
Po południu jedziemy wszyscy razem w kierunku jeziora Atitlan. Znowu rozklekotany autobus, droga wije się między górami, towarzyszy nam nieprzerwany ciąg osiedli i pola kukurydzy. Siwe chmury rozsunęły się i ustapiły miejsca białym obłokom i słońce przygrzewa. W osiedlach z murów zwieszają się kolorowe, gęste bugenvillie, z ich czerownych kwiatów wyrabia się farbkę do tkanin. Przy drodze w dużych, murowanych studniach z kamiennym basenem i małą fontanną w środku kobiety piorą bieliznę.

Po godzinie jazdy wysypujemy się z autobusu w Chimaltenango. Przesiadka. Nadjeżdża " nasz " autobus, już pełny ale wpychamy się na trzeciego na siedzenia podpatrzonym tutejszym zwyczajem. Droga wspina się ostro pod górę, skręt w prawo, drugi w lewo i … jesteśmy w chmurach. Górskie serpentyny pokonujemy zawrotnie szybko zważywszy tę gęstą mgłę. Momentami migają palmy, jakieś drzewa liściaste, poletka kukurydzy.
Wreszcie zjedżamy niżej, widać osiedla, kobiety ubrane w bardzo kolorowe bluzki i takież długie spódnice, przewiązane kolorowym paskiem. Od czasu do czasu między drzewami prześwieca w dole tafla jeziora Atitlan.

[Obrazek: guat028.jpg]

[Obrazek: guat040.jpg]

Po blisko 3 godzinach jazdy jesteśmy w Panajachel. Dawne osiedle przekształciło się w ośrodek turystyczny, hotele wzdłuż drogi, restauracje, sklepiki, stragany.
Gdy zasiadamy w restauracji do okrągłego stołu na kolację zaczyna lać deszcz. Noc jest dość chłodna i wieje silny wiatr wprawiający szyby w nieprzyjemne drżenie.

Rano już świeci słońce ale na szczytach wulkanów zawiesiły się chmury. Na brzegu jeziora otaczają nas sprzedawczynie i dzieci z naręczami kolorowych tkanin. Kupujemy kilka drobiazgów. W Panajachel wszystkie spotykane kobiety noszą swoje tradycyjne stroje, obficie haftowane, wiele nosi na plecach dzieci spowite w kolorowe " rebozo " (długi szal), a jeszcze na głowach dźwigają olbrzymie, pękate toboły lub płaskie kosze. Podobnie ubrane są małe dziewczynki. 

[Obrazek: guat039.jpg]

[Obrazek: guat038.jpg]

Kąpiemy się, woda jest zadziwiająco ciepła po zimnej nocy. Przy brzegu kobiety robią pranie prosto w jeziorze ; mają całe toboły tych kolorowych ubrań.

[Obrazek: guat030.jpg]

[Obrazek: guat041.jpg]

[Obrazek: guat031.jpg]

A panowie ? Pływają na łódkach po jeziorze, mówią, że łowią ryby...

[Obrazek: guat029.jpg]

Wszędzie pełno jest kwiatów o ostrych kolorach, może to one podsunęły mieszkańcom pomysł ubierania się tak pstrokato ?

[Obrazek: guat037.jpg]

[Obrazek: guat024.jpg]

[Obrazek: guat036.jpg]

[Obrazek: guat042.jpg]

Kilka portretów...

[Obrazek: guat033.jpg]

[Obrazek: guat032.jpg]

[Obrazek: guat035.jpg]

[Obrazek: guat047.jpg]
Odpowiedz
#4
Po południu całą grupą płyniemy barką po jeziorze na drugi brzeg do Santiago Atitlan. Łódki tutejszych rybaków w większości wydrążone są z jednego pnia drzewa, rzadko zbite z desek. Mają bardzo płaskie dno i zadarty do góry, lekko podniesiony płaski dziób.

[Obrazek: guat034.jpg]

[Obrazek: guat043.jpg]

Wychodzimy na brzeg i znowu wpadamy w świat kolorów choć inaczej skomponowanych. Mężczyźni noszą spodnie do zaledwie poniżej kolan, w białoczerwone pionowe paski lub białofioletowe paski, bardzo często dołem obficie i kolorowo haftowane w drobne ptaszki, kwiatki, ludziki i zwierzęta. Koszule też mają wielokolorowe i haftowane, słomiane kapelusze. Chodzą szybko drobnymi kroczkami niosąc na plecach wielkie toboły przytrzymywane za pomocy przepaski na czole.

Kobiety i małe dziewczynki noszą kolorowe spódnice i jeszcze bardziej kolorowe, haftowane bluzki przewiązane kolorowym szerokim pasem obiegającym kilkakrotnie talię. Podobne pasy noszą meżczyźni.

[Obrazek: guat045.jpg]

[Obrazek: guat050.jpg]

Osada liczy kilkanaście tysięcy mieszkańców. Zabudowa jest bardzo gęsta, zagroda przy zagrodzie, oddzielone kamiennymi murkami, z niektórych dobiega chrząkanie świniaków. Chaty mają strzechy z liści palmowych, bananowce rosną obok.

[Obrazek: guat044.jpg]

Chyba wszyscy mieszkańcy są na ulicach, nie tyle powodowani zaciekawieniem turystami ile wyczuciem możliwości łatwego zarobku, niektóre kobiety żądają nawet pieniążków za zrobienie im zdjęcia. Prawie w każdej chacie jest warsztat tkacki, kobiety młode i starsze siedzą przed nim na piętach i zapalczywie tkają, po kątach izb pietrzą się stosy utkanych makat, kilimów, serwet, materiałów na ubrania i torby…

W środku osiedla jest szkoła, dzieciaki nie w mundurkach a w swoich tradycjonalnych, kolorowych ubiorach uganają się za piłką na boisku. Jest kilka sklepików z takimi « ichnimi » ubiorami ale i sklep z ubiorami « europejskimi » - dżinsy, koszule, boty. Są też spożywczaki, apteka.

[Obrazek: guat049.jpg]

[Obrazek: guat048.jpg]

[Obrazek: guat046.jpg]

Gdy wracamy, niebo pokryło się tradycyjnie chmurami i zaczyna lać deszcz, obsługa barki pospiesznie zawiesza plastikowe osłony wzdłuż burt. Zrywa się wiatr, zaczyna nieźle kiwać barką a jeszcze nawet nie osiągnęliśmy środka jeziora i podróż staje się mniej przyjemna. Wreszcie dopływamy we mgle i pod szarymi chmurami ale już bez deszczu.

[Obrazek: guat051.jpg]

[Obrazek: guat052.jpg]
Odpowiedz
#5
15 sierpnia to dzień wielkiego święta w Sololo, gdzie chrystianizm przeplata się z tradycyjnymi zwyczajami pogańskimi, wspomnienie tragicznych wydarzeń historycznych staje się tematem do teatralnego przedstawienia a wszystko odbywa się w atmosferze jarmarku, przy dźwiękach bębnów i piszczałek, otoczne dymem z kadzideł, oparami z gotowanych potraw i podlane miejscowym piwem.

Od rana pogoda dopisuje, słońce grzeje, idziemy szosą pieszo pod górkę do Sololo, okrążając jezioro. Co chwila mijają nas samochody, piesi, wszyscy uroczyście ubrani, to święto przyciąga wielu tubylców, nawet z dalszych okolic i oczywiście turystów. Z daleka widać jasne mury kościoła. Na rynku już jest gęsty, falujący tłum, wciskamy się pomiędzy ludzi. Pod daszkiem siedzi okriestra w składzie : 1 wielki bęben i 2 piszczałki, dołącza się muzyka płynąca z głośników.

[Obrazek: guat054.jpg]

[Obrazek: guat053.jpg]

[Obrazek: guat056.jpg]

[Obrazek: guat061.jpg]

Na ulicy przed kościołem, otoczone zwartym, kolorowym kordonem ludzkim, dwie grupy tancerzy szykują się do tańca mającego przedstawiać walkę Indian z konkwistatorami.

[Obrazek: guat059.jpg]

Jedni przebrani w indiańskie stroje, z kolorowymi pióropuszami na głowach, inni, odziani w ciemnogranatowe, obszywane lamówkami ubrania, niby hiszpańskie mundury z okresu podboju, z maskami na twarzach imitującymi jasnowłosych najeźdźców. Potrząsają trzymanymi w rękach grzechotkami i dzwoneczkami naszytymi na ubraniu.

[Obrazek: guat057.jpg]

[Obrazek: guat058.jpg]

Udaje mi się wdrapać na murek ponad straganami, to dogodna pozycja do obserwacji i fotografowania.

[Obrazek: guat070.jpg]

Wszyscy, kobiety, mężczyźni, dzieci ubrani są w stroje regionalne ze swoich wiosek (my nazywamy je - ludowe).

[Obrazek: guat055.jpg]

[Obrazek: guat060.jpg]

[Obrazek: guat062.jpg]

[Obrazek: guat063.jpg]

Spaceruję wśrod tłumu i pomiędzy straganami z jarmarkowymi różnościami, są też owoce, warzywa, wędliny, buty. Trafiam do hali targowej gdzie można kupić wszystko co potrzeba tym ludziom do życia ale niestety jest też dużo " miejskiej " tandety ; ubrania z tworzyw sztucznych w ohydnych kolorach, okropne niekształtne buciska.

Ciekawe co teraz, w początku XXI wieku sprzedają w tej hali i jakie ubrania przywdziewają tubylcy na to coroczne spotkanie ?
Może moje fotografie stanowią już tylko historyczny dokument z minionych, kolorowych czasów ?

[Obrazek: guat064.jpg]

[Obrazek: guat065.jpg]

[Obrazek: guat068.jpg]

[Obrazek: guat069.jpg]
Odpowiedz
#6
Przed kościołem szukuje się procesja, wysokie fenetrony z postaciami i obrazami świętych ozdobione girlandami i aureolami z lusterek już czekają. Wokół na ziemi siedzą rodzinami tubylcy. Zerkam do wnętrza kościoła przez na wpół otwarte drzwi, jasno tam od palących się świeczek ofiarnych.

[Obrazek: guat072.jpg]

[Obrazek: guat080.jpg]

[Obrazek: guat073.jpg]

[Obrazek: guat081.jpg]

[Obrazek: guat066.jpg]

[Obrazek: guat071.jpg]

Z drugiej strony rynku są improwizowane stragany na położonych wprost na ziemi kolorowych płachtach ; gliniane dzbanki, wielkie banie połyskują w słońcu.
Po południu niebo jest już dobrze zachmurzone, ta strefa geograficzna ma już taki przywilej, że codziennie niedługo potem jak słońce opuszcza zenit, niebo się zachmurza i spuszcza gwałtowną ulewę około 18-ej.

[Obrazek: guat075.jpg]

[Obrazek: guat076.jpg]

[Obrazek: guat067.jpg]

[Obrazek: guat079.jpg]

[Obrazek: guat074.jpg]

[Obrazek: guat077.jpg]

[Obrazek: guat078.jpg]
Odpowiedz
#7
Następnego dnia, jeszcze z oczami pełnymi kolorów, dyskutując o wrażeniach z minionego święta czekamy na autobus, który ma nas zawieźć z powrotem do stolicy. Czekamy tak już od 8 –ej rano, wreszcie jeden z autobusów decyduje się nas zabrać – nie zbadane są prawa trafiku …
Po 3 godzinach wysypujemy się w Ciudad Guatemala taszcząc dodatkowe torby wypełnione głównie kolorowymi makatami. Z mojego plecaka sterczy triumfalnie prawdziwa maczeta z rekojeścią z bawolego rogu w formie papugi, w ozdobnym skórzanym futerale, całość istne rękowdzieło. Ostrze ma tak zużyte, że już nie nadawała się do codziennego użytku i właściciel wolał ją sprzedać a za zarobione dutki kupić sobie nową, zwyczajną, prosto z fabryki.

Znowu nocujemy w tym samym hotelu, rano znowu przepakowujemy plecaki szykując się do krótkiego wypadu małym samolotem do Tikal, skrywającego się w dżungli, wśród wybujałej roślinności na północy kraju. Do małego plecaka pakuję tylko folię termoizolacyjną, prześcieradełko-worek, sprzęt fotograficzny, bluzę, solidną latarkę i medyczno-toaletowe drobiazgi.

Wyruszamy na lotnisko, czekamy na autobus nr 5, jadą same 7-mki, wreszcie jest i piątka, wsiadamy ale mówią nam, że ona nie jedzie na lotnisko, wysiadamy. Mówią nam, że trzeba nam 6-kę. Wysiadamy na pierwszym przystanku, mija nas 6-tka, doganiamy 100 m dalej, staje ale mówią nam, że ona nie jedzie na lotnisko – tam trzeba jechać tylko 5-tką czarną !
Pędzimy z powrotem 100 m do przystanku, ku wielkiej uciesze guatemalczyków. Jest czarna 5-tka, wsiadamy, żegnają nas okrzyki i gwizdy, nie wiemy czy przyjazne czy złowrogie.

Lotnisko jest duże, nowoczesne, obliczone na wyrost (przynajmniej było w 1985 roku). Wszystkie boczne ściany są przeszklone, widoczność wokół doskonała ale w promieniach słońca w budynku robi się gorąco jak w szklarni. Prześwietlają nam bagaże. Samolot jest opóźniony ze względu na burzę na trasie, dobrze widoczną z przeszklonego tarasu. Czekamy długo. Wreszcie jest ; niewielki, na około 100 osób, 6 stewardes nudzi się wyraźnie. Lecimy dość nisko, szybko znikają ostatnie kwatery miasta, pojawia się równa, zielona płaszczyzna z głęboko powżynanymi dolinami o stromych, nierównych zboczach – pewnie wyniki silnej erozji rzecznej. Potem teren staje się lekko pagórkowaty, pokryty grubym dywanem bujnej zieloności. Gdzieniegdzie jaśnieją plamy, to wytrzebiona dżungla ustąpiła miejsca poletkom. Czasem błyszczy powierzchnia wody małego jeziorka w błotnistym kolorze. Widać rzekę wijącą się dużymi zakolami.

Po 25 minutach lotu lądujemy we Flores. Powietrze jest dusze, gorące, prawie lepkie aż zatyka. Dokładnie sprawdzają nam bagaże, nie wolno tu przywozić owoców ze względu na niebezpieczeństwo przywleczenia insektów. Szefowa załatwia autobus do Tikal. Zaczyna się zmierzchać, mamy przed sobą 60 km. Każą nam koniecznie i natychmiast zapłacić za całą podróż ? Zaraz podjeżdżamy pod stację paliw, już wiemy, w baku było suchutko.

Nad mijanym jeziorem słońce zachodzi monumentalnie, tropikalnie, zatrzymujemy się na fotki.

[Obrazek: guat082.jpg]

Dojeżdżamy po ciemku, w hoteliku brak miejsc, te droższe nie odpowiadają zawartości naszych kieszeni, wiedzieliśmy, ale po wspólnej naradzie zdecydowaliśmy jednak zaryzykować tę wycieczkę. Na drodze wielkie kałuże po dzisiejszym deszczu a gęsta dżungla jest tuż obok, za ścianą budynku, przy brzegu drogi.
Jedyna restauracja należy do właściciela hotelu i busa, który nas przywiózł.
Starszy, postawny typ z haczykowatym nosem i spojrzeniem, które mówi, że jego oczy widzą tylko ewentualny interes, udzieli nam noclegu w sali-werandzie przy restauracji, na materacach z gąbki, da nawet prześcieradła, oczywiście za opłatą, dość wysoką, dorzuca jeszcze kolację. Szefowa pertraktuje ; no cóż, z braku konkurencji….

Budynek jest murowano-drewniany, kryty wysoką strzechą z liści palmowych, wiązanych do belek lianami, w oknach moskitiery, wygodne, głębokie, drewniane fotele. W drugiej części jest bar, obszerna sala jadalna i mała kuchnia w kącie. Sceneria jak z filmu o tropikach. Pełna egzotyka. Na posiłek dostajemy rybę, pewnie z pobliskiego jeziora, z jarzynami, gorącą zupę i banana na deser. Szybko zasypiamy.

O 6-ej rano jest jeszcze ciemno ale dżungla już gada. Za pół godziny, gdy tylko otwierają drzwi zamknięte od zewnątrz, wychodzę bez śniadania na spacer do Parku Narodowego Tikal okazując zakupiony wczoraj bilet (a jednak cywilizacja wkracza do dżungli). Jest ciemnawo i bardzo wilgotno i ciepło. Coś ćwierka, coś krzyczy, pohukuje i postukuje. Potykam się o rozcapierzone korzenie drzewa odrastające wysoko od pnia.

[Obrazek: guat097.jpg]

To puchowiec 5-pręcikowy (Ceiba pentandra) święte drzewo Majów, ich pnie przypominają kurze nogi. Czuję się trochę nieswojo... W mroku wpadam w pajęczynę, olbrzymi pająk nie reaguje, może źle pachnę ?
Dalej po drzewach skaczą małpy głośno wrzeszcząc, są nieduże, płowego koloru, w koronach drzew popiskują ptaki.
Po lewej mijam Świątynię I zwaną Wielkiego Jaguara, jej szczyt spowity jest w chmury. Słońce jeszcze nie może się przebić.
Widzę dwa wielkie dostojnie kroczące ptaki o ciemnych, bardzo pstrokatych piórach, wyglądem przypominają duże indyki.

[Obrazek: guat083.jpg]

Idę powoli za nimi, nie uciekają, majestatycznie odchodzą w boczną dróżkę. Górą rój ptaków, strącają wodę z drzew, pewnie piją, dołem maszerują czerwone stonogi. A gdzie się kryje ten tukan ? Zobaczę go wreszcie ?

[Obrazek: guat084.jpg]

[Obrazek: guat086.jpg]

Dochodzę do głównego zespołu świątyń wokół " trawnika " zwanego Plaza Mayor, przysiadam na schodach pałacu, przede mną ruiny akropolu, po lewej Świątynia I, po prawej Świątynia II, wszystkie owite mgłami.

Tikal to zagubiony w dżungli, zatopiony wśrod bujnej roślinności kamienny, monumentalny świadek wielkiej, tysiącletniej cywilizacji Maya, wygasłej w niewytłumaczalny sposób. Pierwsze budowle wzniesiono 700 lat przd naszą erą, potem na ich ruinach powstawały następne. Nagromadzenie najważniejszych budowli, piramidalnych świątyń zajmuje teren 3 km2; nie licząc dalszych ruin, tych chowających się pomiędzy drzewami i tych jeszcze nieodkrytych.

[Obrazek: guat085.jpg]

[Obrazek: guat090.jpg]

Wdrapanie się na górę świątyni to małpia wspinaczka po powykręcanych korzeniach a potem jeszcze pokonać trzeba niebotyczne schody. Piramida ma 45 m wysokości. Z góry widok na razie będzie pewnie dość mglisty ; szare szczyty pozostałych świątyń, zielony dywan dżungli, ale za to słychać ryki dzikich bestii. Nie… to nie jaguar, to krzyczy czarna małpa zapowiadając deszcz.
Odchodzę w stronę Świątyni IV, doganiają mnie turyści. Wracam do Świątyni Nietoperzy, są nietoperze, malutkie w pomieszczeniach o charakterystycznym sklepieniu, ściany zapleśniałe na błotnisto ze względu na dużą wilgoć.

Świątynia II

[Obrazek: guat092.jpg]

Świątynia Nietoperzy

[Obrazek: guat087.jpg]

[Obrazek: guat088.jpg]

Wspinam się na Świątynię I zwaną Wielkiego Jaguara na wprost świątyni II zwanej Świątynią Masek, strome schody, każdy stopień ma co najmniej 40 cm wysokości. Z góry jest dobry widok na cały zespół i Plaza Mayor pełną teraz turystów.

Świątynia I

[Obrazek: guat095.jpg]

Na nastepną już nie wchodzę, schody są mocno uszkodzone, wyglądają jak powyłamywane zęby a wiodok ze szczytu taki sam. Wchodzę na platformę pałacu ; kilka bardzo mocno zniszczonych, kamiennych masek, przedstawiających kogo ? żądnego krwi boga Chac Moola, Quetzalcoatla, boga – węża pierzastego ?

Fragment Pałacu

[Obrazek: guat094.jpg]

Uwagę moją przyciąga drzewo rosnące na dziedzińcu w idealnej symbiozie z palmą, którą oplotło swymi korzeniami, gałęziami i mackami z kory.

[Obrazek: guat096.jpg]

Przed pałacem rząd stelli i ołtarzy ofiarnych, niektóre zachowały reliefy, widać glify cyfr daty postawienia.

[Obrazek: guat089.jpg]

[Obrazek: guat099.jpg]

[Obrazek: guat100.jpg]

[Obrazek: guat098.jpg]

Potem ze schodów Akropolu kontempluję całość.

[Obrazek: guat093.jpg]

[Obrazek: guat091.jpg]

Obchodzę Akropol, dżungla piszczy, dzwoni, brzęczy, jaszczurki wygrzewają się na słońcu. Bujna roslinność pochłania ruiny w zastraszającym tempie....

[Obrazek: gua114.jpg]

[Obrazek: gua115.jpg]

Po obiedzie siedzimy na ganku przed hotelem, nagle szybkim truchtem wybiega zza rogu jakiś zwierz w rodzaju świnki z długim ryjkiem i w szarej, dość gęstej szczecinie – to dziki pekari. Szybko znika pomiędzy zabudowaniami, nikt nie zdążył chwycić za aparat.

Autobus, ten sam co wczoraj odwozi nas do Flores. Spacerujemy po miasteczku, jest dość brzydkie, bez charakteru, świeci tandetą, kilka sklepików, restauracji, hoteli. Widać, że rozwija się dzięki turystom i dla turystów. Jak wygląda dzisiaj ?
Miała być przejażdżka łódką po jeziorze ale zanosi się wyraźnie na popołudniowy deszcz i nie mamy ochoty brać przysznic z deszczówki. Nie możemy również zwiedzić grot Maya gdyż poziom wody jest zbyt wysoki, nawet niektóre domy mają piwnice w wodzie.
Na lotnisku znowu poddają nas dokładnej kontroli, szukają owoców, których wywóz jest zabroniony ale interesuje ich wszystko co mamy, oglądają każdy drobiazg z dziecinną ciekawością. Znowu długo czekamy na wpuszczenie nas do samolotu. O godzinie wyznaczonej na odlot zaczynają zaledwie ładować bagaże. A może tu czas płynie wolniej ?

Wreszcie lecimy do Ciudad Guatemala. Ostatnia noc w poprzednim hotelu. Następnego dnia jeszcze kręcimy się po mieście, potem próbujemy poupychać wszystkie zakupione rzeczy po plecakach, teraz przydają się te kolorowo wyszywane torby zakupione na jarmarku.
Odpowiedz
#8
Wypada powracać do Meksyku zgodnie z planem wyprawy. Znowu wsiadamy do gwatemalskiego « super pullmana ». Po drodze zaglądamy jeszcze do miasteczka Chichicastenango, słynnego miejsca gdzie mieszkańcy uprawiają bardzo gorliwie praktyki religijne mieszając dawny ryt pogański z narzuconym christianizmem.

Religia idzie tu w parze z handlem, kościół św.Tomasza z 1540 roku stoi tuż przy rynku. W niedzielę plac targowy jest pełny i kościoł też. W kościele nieprzerwanie palone są świece i kadzidła z kopalu, nawet już na schodkach przy wejściu. Białawy dym miesza się z zapachem kwiatów obficie ofiarowywanych poszczególnym świętym.

[Obrazek: guat102.jpg]

[Obrazek: guat106.jpg]

[Obrazek: guat112.jpg]

Straganowi klienci między jednym a drugim zakupem wpadają na modlitwę. Obserwuję stroje ludności ; inne motywy tu lubią, wielkie, haftowane kwiaty zajmują całe powierzchnie ubrań, które są jeszcze bardziej pstrokate.

[Obrazek: guat101.jpg]

[Obrazek: guat103.jpg]

[Obrazek: guat105.jpg]

[Obrazek: guat108.jpg]

[Obrazek: guat109.jpg]

Maski, głównie konkwistadorów

[Obrazek: guat104.jpg]

[Obrazek: guat107.jpg]

Powrót do Meksyku jest znacznie mniej radosny, wręcz okropnie nużący. Telepiemy się autobusem do granicy przez tereny jeszcze niedawno będące w rękach gerrilla i niezupełnie przez nią opuszczone… Kontrole wojskowe są częste, wszyscy muszą wysiadać, oglądają wnętrze pojazdu, nierzadko sprawdzają dokumenty, opryskują też autobus i nas cytronellą przeciwko komarom i muszkom.
Na kolejnych posterunkach kontrolujących mundurowych jest coraz mniej, bywają cywile bez broni. Gdy zatrzmuje nasz autobus para : jeden cywil w dżinsach z kijem, drugi ubrany w wojskowe portki, bez bluzy ale z bronią, zadajemy sobie pytanie kto nas właściwie kontroluje i w jakim celu ?
Wszystkich kontroli przeżyliśmy razem aż 13…

Po wielu godzinach jazdy z przyjemnością zakwaterowaliśmy się na dwie noce, już po meksykańskiej stronie, w sympatycznym hoteliku z ogrodem w San Cristobal. Tutaj opowiedziano nam, że kilka dni wcześniej na tej samej trasie " bandyci " zatrzymali autobus i ograbili dokładnie wszystkich pasażerów z pieniędzy, dokumentów i dobytku !
Odpowiedz




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości