Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Nomadowanie w Namibii
#11
Najbliższy kamping w okolicy

[Obrazek: Namibia108.jpg]

Ptasie apartamentowce

[Obrazek: Namibia110.jpg]

Nasze zakupy robimy w Bethanii, tu jest stacja paliw, kilka sklepów, rzeźnik, hotel i...asfalt na ulicach. Po 10 km już jesteśmy na ważnej szosie B 4, Luderitz – Keetmanshoop.

Parę lat temu przeżylismy ciekawe momenty na tej szosie. Późną popłudniową porą jechaliśmy od Seeheim do Luderitz, to tylko 300 km. Za Aus, tam gdzie droga biegnie między laskiem a pustynią, rozszalała się burza piaskowa. Ciemności, bardzo silny wiatr zacinający piaskiem uniemożliwiały wszelką widoczność, bicze piaskowe waliły po przedniej szybie, nie widać było gdzie szosa a gdzie nie-szosa. Jechać trudno, zatrzymać się nie można, zjechać na bok nie ma gdzie, strach przed zjazdem z drogi w jakąś wydmę...
Szybki, myślowy remanent prowiantu wykazał, że mamy dość jedzenia na przetrwanie do rana nawet w wydmie. Po jakimś czasie wiatr trochę zelżał i zamajaczyły światła miasta, widmo wydmy oddaliło się.

Kamping w Luderitz położony jest na skalistym półwyspie nad morzem. Domek recepcji, właściwie metalowy kontener przywiązany linami do podłoża, hałasuje na wietrze tak, że nie można normalnie rozmawiać przy rejestracji. Postawienie namiotu było niemałym wyczynem, kolacja odbyła się w lokalu kuchennym bloku sanitarnego, na stojąco a i tak byliśmy szczęśliwi że nie jemy w samochodzie.
Następnego dnia wiatr znacznie osłabł, pokazało się słońce i mogliśmy spokojnie zwiedzić miasto, które ma starą dzielnicę kolorowych domków z XIX w. wokół kościoła luterańskiego, oraz inne budynki z czasów kolonialnych.

[Obrazek: Namibia099.jpg]

[Obrazek: Namibia100.jpg]

[Obrazek: Namibia101.jpg]

Niedaleko jest półwysep Diaz Point z krzyżem, gdzie w XV w. zatrzymał się słynny portugalski żeglarz. Okoliczne skały oblężone są przez lwy morskie.

[Obrazek: Namibia102.jpg]

[Obrazek: Namibia103.jpg]

A na popołudnie wykupiliśmy w Tourist Office bilety na zwiedzanie Kolmanskop, zasypanego piaskiem i opuszczonego miasta pracowników tutejszych min diamentów, teraz bardzo malowniczego i pełnego melancholii.

[Obrazek: Namibia105.jpg]

[Obrazek: Namibia104.jpg]

[Obrazek: Namibia107.jpg]

[Obrazek: Namibia106.jpg]

Obecnie z tej autostrady B 4 zbaczamy na piwko do Seeheim, to mała osada o swoistym uroku. Powstała jako przystanek na lini kolejowej, kiedyś ważnej, są 3 tory, 2 bocznice i nasyp pod jeszcze 2. Dawny, piętrowy budynek stacji, przerobiony jest na skład rupieci, dziś ruch jest niewielki, głównie towarowy. Kilka domków mieszkalnych na skalistym zboczu, hotel z restaracją i barem w stylu minionej epoki przy placu pod palmami. Tu „pachnie” XIX-ym wiekiem.
Wczoraj była wielka burza, dziś jeszcze błyszczą kałuże w słońcu i pobliska rzeka pełna jest wody, a mostu nie ma...trzeba w bród, po afrykańsku, na szczęście rzeka nie jest zbyt głęboka.
Odpowiedz
#12
Wieczorem mamy komplikacje programu bo nie ma już kampingu w opisanym miejscu, a biwakować na dziko nie ma gdzie, spieszymy się aby dojechać do Hobas, nad brzegiem Fish River Canyon. Jest już zupełnie ciemno, brama otwarta, nikt się nami nie interesuje, rozbijamy namiot koło Amerykanów.

Kiedyś już robiliśmy wycieczkę do Fish River Canyon, zejście jest na jego krawędzi, trochę dalej na zachód od Hobas. Nie należy schodzić zbyt poźno, jeżeli chce się powrócić na górę tego samego dnia. 
Zwykle w górach najpierw wchodzimy a zejście jest łatwiejsze, tu wchodzi się, jak już ma się „w nogach” zejście i nie należy dać się zaskoczyć, zmrok zapada szybko. Ścieżka prowadzi po stromym, skalistym zboczu do płynacej dołem rzeki. Można zrobić kilkudniową wycieczkę dnem wąwozu (85 km) od Hobas do Ai-Ais zabierając sprzęt biwakowy i żywność. Jest to teren parku narodowego i przebywanie w nim jest reglamentowane.

Nie należymy do rannych ptaszków i poruszamy się bez pośpiechu, szczególnie gdy jest dużo do oglądania i fotografowania. Dlatego zaczęliśmy zejście zbyt późno, zabawiliśmy trochę nad wodą na dole i podchodząc, byliśmy już poza zasięgiem słońca i skalista ściana była szara i bez reliefu co utrudniało trzymanie się słabo znakowanej ścieżki. Przyspieszyliśmy marszu i wdrapaliśmy się na górę dosłownie w ostatnim momecie przed zapadnięciem zmroku. Wtedy na kapming w Ai – Ais wróciliśmy bardzo późno.

[Obrazek: Namibia112.jpg]

[Obrazek: Namibia113.jpg]

[Obrazek: Namibia114.jpg]

[Obrazek: Namibia111.jpg]

Rano, na kampingu Hobas, bramka znowu pusta, może to były „promocyjne dni” ? Przy drugim wyjściu z Canyonu jest duży ośrodek wypoczynkowy z hotelem i kampingiem przy źrodłach ciepłej wody w Ai - Ais. Pobyt i nocleg drogo tam kosztują, my chcemy tylko pomoczyć się w basenie. Po krótkich pertraktacjach na bramce strażnik wpuszcza nas na parę godzin za butelkę wina. W basenie rozmawiamy z parą Francuzów, wracając z deszczowych wakacji w RPA wpadli tu po słoneczko.

Zbliżamy się do granicy, ostatnie stragany z pamiątkami, jakoś nic nam się nie podoba, inny, prosty styl, wielkie misy, maski, oszczędnie rzeźbione, mało w tym sztuki.
Formalności graniczne są bardzo krótkie.

Zaraz po drugiej stronie nadchodzą chmury, robi się bardzo zimno, zaledwie 10 °C i pada deszcz. Jedziemy w gęstej mgle, wcześniej zapada zmrok. W takiej sytacji decydujemy się na nocleg w hotelu w Bitterfontein. Bar jeszcze działa ale tylko bar i pozwalają nam gotować naszą kolację na tarasie.
Rano już świeci słońce, zbaczamy z głównej drogi na wschód, w kierunku Calwinii, aby zobaczyć „kwitnacą pustynię”, to przecież okres tutejszej wiosny. Całe łąki i niskie góry pokryte są kwiatowymi, wielokolorowymi dywanami, aż po horyzont. Jest piękna pogoda, słońce grzeje zupełnie wiosenne a z kwiatów unosi się niesamowity zapach.

[Obrazek: Namibia115.jpg]

[Obrazek: Namibia116.jpg]

W Clanwillian zdążamy jeszcze zwiedzić wytwórnię rooibosa, rodzaj herbaty produkowanej z uprawianych tu krzaczków, doskonała w smaku. Jest degustacja, oprowadzanie, kupujemy duże paczki na zapas.
W ostatniej minucie wpadamy do „naszego” przydrożnego sklepu z pomarańczami i suszonymi owocami prosto z fermy, zapomnieliśmy że trzeba było przestawić zegarki o godzinkę.
Po zapadnięciu zmroku meldujemy się u naszych przyjaciół w Stellenbosch na wspólną kolację w pobliskiej restauracji „Romantica”. Ostatnie dni spędzamy w regionie Cape Town, na Górze Stołowej i w Hount Bay.

Dzień powrotu, zdajemy samochód na lotnisku, po ocenie jego stanu, każą nam płacić za czyszczenie wnętrza z kurzu, plecaki są potwornie ciężkie i jeszcze mamy torbę, boimy się o nadwagę bagażu ale ponieważ lecimy z przesiadką w Johanesbourgu, czyli odprawiamy się na linie krajowe, mamy prawo do 32 kg na osobę, co skutecznie rozwiązuje problem. Przed nami 11 godzin lotu.

Czas powrócić na pólnocną pólkulę. Dla kogoś, kto zajrzał w pomarańczowe oczy chitah, przejachał cały dzień nie spotykając homo sapiens nigdy nic nie będzie „jak dawniej”... Afryka wciąga..

Niestety, częstotliwość i głębokość tego wciągania zależy od rzeczy tak trywialnej jak finanse.

[Obrazek: kudu.jpg]

Żegnaj Afryko, witaj deszczowa Europo!

[Obrazek: NamibiaHallali.jpg]
Odpowiedz




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości