Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Nocny atak
#1
Sliwen, miasto w Bułgarii położone z dala od autostrady prowadzącej z Sofii nad Morze Czarne. Przeciętne miasto z każdego punktu widzenia; kilka kościołów, kilka meczetów, długie aleje. Jak wszędzie…
 
Jednak mamy tam swoje przyzwyczajenia. Nad miastem dominuje pasmo górskie, w którym znajduje się park przyrodniczy "Niebieskie Kamienie", "Сините камъни", którego nazwa pochodzi od niebiesko-szarego koloru skał.

[Obrazek: bg10sin.kam.jpg]

U stóp nagich szczytów, z których roztaczają się wspaniałe widoki na miasto i równinę, rozciąga się las, poprzecinany krętymi drogami, które prowadzą do schronisk, hotelików, domków.
Nasze ulubione miejsce jest bardziej skromne; co roku mamy zwyczaj zatrzymywać się i rozbijać namiot na polanie, do której prowadzi zygzakowata droga.

[Obrazek: bg16sinkam01.jpg]

Czasem, zwłaszcza w weekendy, zajmują ją młodzi ludzie z miasta, którzy na jeden wieczór zamieniają polanę w dyskotekę pod gołym niebem.
Ale czasami jest pusta. Niepokojąca jest jednak wiadomość, że nazywa się „Niedźwiedzia Polana”!

[Obrazek: bg16sinkam02.jpg]
 
Gdy w lesie zapadnie zmierzch, można spodziewać się, że wyłoni się z niego futrzany i groźny stwór, z wysuniętymi pazurami, gotowy do ataku. W rzeczywistości, nie widzieliśmy nawet niedźwiedziego ogona.
Z drugiej strony…
 
Tak, kilka lat temu mieliśmy towarzystwo. A nie byli to biesiadnicy z miasta!
Rozbiliśmy namiot przy drewnianym stole, obok kamiennego kręgu, w którym rozpaliliśmy ognisko. Gdy tylko kotlety schabowe zaczęły się grillować, ciche odgłosy, które wydawały się dochodzić z lasu, sprawiały wrażenie, że nie jesteśmy sami.
Spożyliśmy nasz posiłek, nie odczuwając zbytniego niepokoju; jesteśmy przyzwyczajeni do życia na świeżym powietrzu i wiemy z doświadczenia, że ryzyko ataku jest znacznie większe w mieście niż w odosobnionym miejscu, nawet jeśli jego nazwa kojarzy się z dziką bestią.
 
Pyszne kotlety przełknęliśmy, pozostały tylko kości. Mamy zwyczaj oddawania naturze, dla jakiegoś żyjątka, które z braku lepszego słowa nazywamy „zwierzątkiem” (bo wciąż nie wiemy, jak wygląda), resztek naszych posiłków.
Rzuciłem więc resztki kotletów w stronę krawędzi stosu drewna i tam skierowałem snop mojej lampy. Małe światełka kręciły się, gasły, zapalały ponownie, poruszały się.
Ten nocny spektakl był mi znajomy.
Często wokół naszego biwaku pojawiały się podobne iluminacje. To były koty, stada kotów, te kocury, dzikie lub domowe, które można spotkać wszędzie na Bałkanach.
Wędrują wokół stołów restauracyjnych, na nabrzeżach, przy których cumują łodzie rybackie, na kempingach, szukając lub błagając o porcje jedzenia, których ludzie już nie chcą. O zmroku, kiedy ich sylwetka zlewa się z ciemnością, widoczne stają się tylko oczy, odbijające światło elektryczne. Następnie przybierają wygląd przerażających potworów.
 
Ale światełka, które widziałem, migoczące na skraju polany, nie należały do kocich.
Poruszały się z prędkością spadających gwiazd, znikając z jednego miejsca, by pojawić się dalej.
Kierowany ciekawością i zbierając całą swoją odwagę, ruszyłam im na spotkanie.
Wędrowałem za kręgiem mojej lampy po zaroślach, aż zobaczyłem znajomy kształt.
Ani niedźwiedzia, na szczęście, ani dzika, dzięki Bogu!, ani kota, ale coś trochę większego. Nawet nie pies, bo bardziej nieuchwytny, dzikszy, mądrzejszy. Krótko mówiąc, lis.
 
W rzeczywistości dwa. Najwyraźniej para, która robi psotne wybryki, nie tracąc z oczu miejsca, w którym wylądowały kości z kotletów.
Wracam do stołu i widzę, jak ich cienie pędzą na tę niespodziewaną kolację.
 
Pożegnaliśmy się, oni powrócili do ich leśnego domu, a następnego dnia złożyliśmy namiot i wznowiliśmy podróż nad morze.
 
Dwa lata później zatrzymujemy się w tym samym miejscu.
Lisy są teraz dla nas zwierzętami domowymi. Podczas naszych biwaków spotkaliśmy je kilkakrotnie, nie były zbyt nieśmiałe.
 
Polana jest pusta, zapada zmrok, rozbijamy namiot. Jedząc kotlety (znowu,  bo mięso w Bułgarii nie jest zbyt urozmaicone) mamy skrywaną nadzieję, że odwiedzi nas para lisów.
Wkrótce wokół nas krążą dwie znajome sylwetki; może nas rozpoznali ?
Zbliżają się. Nie rzucamy im kośćmi, trzymamy je w ręku, chcąc dać tym starym przyjaciołom jedzenie tak, jak daje się psu domowemu. Nasze lisy zgubiły nawyki dzikości, bez lęku monopolizują kości i odchodzą zabierając plastikowy pojemnik, który zawierał resztki posiłku.
 
Następnego dnia otwieram namiot. Słońce świeci. Zamierzam założyć sandały, takie niebieskie plastikowe „made in China”, które kupiłam kilka dni wcześniej. Nie mogę ich znaleźć. Szukam. Na gołej ziemi przy wejściu do namiotu, w środku, na zewnątrz... Nie ma!
 
Spałem jak dzwonnik; bułgarskie wino ma właściwości usypiające. Ale osoba, która dzieliła moją sypialnię, ujawnia mi, że tej nocy goście krążyli wokół naszego schronienia. Próbowała ich zastraszyć uderzając w ściany namiotu. A gdy później, chcąc napić się wody, otworzyła suwak oddzielający „sypialnię” od „wejścia”, by chwycić butelkę z wodą, znalazła się twarzą w twarz z lisem i musiała wyrwać pojemnik z jego rąk, nie, z nóg… raczej z pyska.
 
Jej buty były trochę zniszczone, ale były na miejscu. Jeśli chodzi o moje sandały, wyruszyliśmy na ich poszukiwanie, w szerokim kręgu wokół obozu. Bezskutecznie !
Musieliśmy zmierzyć się z ewidentnym faktem; chociaż rozmiar z pewnością nie był na ich miarę (raczej mają tendencję do noszenia rozmiaru 5 zamiast 41), ci nasi dwaj spryciarze zabrali moje buty.
Opłakałem to! Pod koniec sezonu bez trudu znajdę takie w wyprzedaży na targu.
A zabawna myśl, że moje buty leżą w lesie, a może w jaskini, gdzie zajmą miejsce kołyski dla nowego miotu lisków, pociesza mnie po ich stracie.
 
Jeśli wrócimy w to samo miejsce, aby się tam zatrzymać na noc, mam nadzieję, że znów będziemy mieć takich gości.
Ale tym razem zadbamy o nasze rzeczy!
Odpowiedz




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości