Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Sycylia - wspaniała podróż rocznicowa dwojga weteranów
#1
Właśnie wróciłam z dwu-i-pół-tygodniowego wyjazdu na Sycylię. Z okazji 30-tej rocznicy ślubu strzeliliśmy sobie z małżonkiem wyjazd z przygodami, to znaczy nie wczasy i nie objazd z biurem, tylko podróż na własną rękę szlakami własnego widzimisię. Jak ją zorganizowaliśmy?
Wykupiliśmy tani (powiedzmy) lot do Palermo i z powrotem. Zarezerwowaliśmy kwatery typu B&B przez serwis booking.com (w Palermo, Katanii i miejscowości Custonaci na zachodzie wyspy). Po wyspie poruszaliśmy się rozmaicie: pociągami, autobusami, a także wynajętym na kilka dni samochodem (3 dni w Katanii i 3 dni w Palermo).

I co z tego wyszło? Mówiąc krótko: miodzio, palce lizać. Jedynym mankamentem była podróż na Sycylię i powrót do Warszawy. Lot trwa tylko dwie i pół godziny, więc skąd te marudzenia? A stąd, że tanie połączenie startuje z Wrocławia, do którego jakoś trzeba się dostać. Wybraliśmy pociąg - 5 godzin do miasta i kolejna godzina na lotnisko. Da się przeżyć, ale męczy. Linie Ryanair, którymi lecieliśmy, to taki transportowy "bubel" - nikomu nie polecam. Lot jest tani, jeżeli nie bierzesz walizek, o czym w przypadku wakacyjnego wyjazdu nie może być mowy. Bagażu kabinowego nie możesz wziąć wcale - tylko maleństwo, które da się wcisnąć pod siedzenie. Ale co najgorsze, loty tymi liniami mają niski priorytet, co oznacza spore opóźnienia, zwłaszcza w sezonie, kiedy lotniska pracują na maksymalnych obrotach i wieża kontrolna wydaje zgodę na start/lądowanie dopiero wtedy, kiedy przestrzeń powietrzna/pasy na lotnisku się zwolnią. Tak więc nasz wylot opóźnił się o półtorej godziny, a przed lądowaniem musieliśmy kołować pół godziny, wskutek czego ledwo zdążyliśmy na spotkanie z gospodarzem kwatery, który czekał z kluczami. Powrót wyglądał podobnie, więc straciliśmy ostatni pociąg z Wrocławia do Warszawy i musieliśmy kiblować na dworcu 5 godzinek w towarzystwie miejscowych lumpów, zaczepiani przez ochronę dworca, która nie pozwalała nam się położyć na ławce - kazali nam siedzieć i utrzymywać pion. Z głośników co pół godziny nadawany był nieprawdopodobny harmider, jakieś wrzaski oszalałych papug, przerywane półprzytomnymi okrzykami ludzkimi w rodzaju "kasa numer jeden, kasa numer jeden" albo "poproszę obsługęęęeę-błe-uuu-dziuuu-ueee-uwaga". Prawdopodobnie dlatego, żeby włóczędzy i narkomani szukający schronienia na dworcu nie mogli spać... A na zamykaną poczekalnię dla podróżnych oczywiście nie było co liczyć, bo nie dało się wcisnąć palca, Ukraińcy leżeli pokotem na ławkach i podłodze, śmierdziało skarpetą i przetrawioną wódką - po prostu armagedon. No cóż, przypomnieliśmy sobie dawne czasy, kiedy to podróżowaliśmy z plecakami autostopem i na niejednym dworcu kimaliśmy... 

Co do samej Sycylii, to zwiedziliśmy prawie wszystko, co warto zwiedzić - z wyjątkiem kilku pięknych miast na południowym wschodzie (Syrakuzy, Noto, Ragusa). Mieliśmy za to na trasie sporo atrakcji przyrodniczych, w tym oczywiście "oklepaną" Etnę, ale także miejsca mniej znane jak wąwóz Alcantary, nekropolia Pantalica czy klify kredowe pod Agrigento. Jasne, że gdybyśmy wrócili kiedyś na Sycylię, nadal mielibyśmy co oglądać i co odkrywać. Jednak chwilowo czujemy się nasyceni. To była bardzo udana i ciekawa wyprawa.

Pierwsza połowa lipca nie jest może optymalnym czasem na zwiedzanie Sycylii z powodu upału (przez tydzień męczyliśmy się w upale 40 stopni w cieniu, a w porywach ponad 40). Jednak w krajobrazach wciąż jeszcze widać dużo zieleni, oleandry kwitną jak szalone, agawy im wtórują, a morze jest przyjemnie ciepłe i zarazem chłodzące - w sierpniu byłoby zupą. Turyści są i wszystko działa, lecz nie jest to jeszcze sierpniowy kataklizm turystyczny, więc zabytki zwiedza się dobrze.

Jak tylko uporządkuję zdjęcia, zacznę pisać posty. Tylko błagam: czytajcie. I komentujcie!
Odpowiedz
#2
"Miodzio, palce lizać".
Odpowiedz
#3
1. PIERWSZE CHWILE

Po przylocie do Palermo tanimi liniami Ryanair, które się często spóźniają (i nie inaczej było tym razem), przespaliśmy się w skromnym hostelu blisko dworca kolejowego. Do hostelu szliśmy za wskazówkami GPS-a, intensywnie węsząc i nie mogąc zrozumieć, dlaczego tu zalatuje psującymi się odpadkami, ówdzie powiewa szambem, a jeszcze gdzie indziej cuchnie rozkładającą się uryną. Właściciel czekał na nas na ulicy, więc nie wiem, co by było, gdyby samolot spóźnił się jeszcze bardziej. Ale wszystko skończyło się dobrze. Noc w hostelu dała się nam we znaki z powodu upału - nie było klimy, a wiatrak pompujący żar z podwórza-studni chyba tylko pogarszał sprawę. Nie było jednak czasu na narzekanie. Zjedliśmy klasyczne, włoskie śniadanko wliczone w cenę i poturlaliśmy się z walizami na dworzec, żeby jechać do Katanii. Od razu stało się jasne, że wykupienie lotu do Palermo zamiast do Katanii było błędem, ale mogliśmy zrobić tylko jedno: kupić bilety na kolej i grzecznie podróżować dalej.

W kolejce do kasy zapuściliśmy korzenie, bo każdy klient spędzał tam kwadrans, zawzięcie o czymś dyskutując. Zaczęły nas ponosić nerwy, bo baliśmy się, że pociąg ucieknie. Jednak rzut oka na dworcowy zegar przekonał nas, żeby się ostudzić i brać rzeczy takimi, jakimi są, bo na Sycylii - kolej nie kolej - czas liczy się specyficznie...

[Obrazek: 4HXxre1zG94-R6Vs19mBUru80yW2Lvg8y4EZ2AG9...00-h800-no]

Do odjazdu pociągu mieliśmy kupę czasu. Co by tu zrobić? Aha - zwiedzimy dworcową kaplicę! Na Sycylii naród wielce religijny, więc na każdym większym dworcu kaplica musi być, żeby się można było zwrócić do patrona o dobrą podróż, a i Pana Boga poprosić, żeby na wszelki wypadek grzechy odpuścił.

[Obrazek: _i2OdlVYMQRTxQIMKKQuY10PLAuMkHkPqxAETsTK...00-h600-no]

W środku było całkiem elegancko, tylko okrutnie parno, więc jakoś nam się do modlitwy ręce nie składały.
[Obrazek: 3MDuzxvGy4WUmm1qlq5doNKw_o4mhIuFf9fh1ca5...00-h800-no]

Pociąg był wygodny, klimatyzowany i prawdę mówiąc chętnie byśmy nim dłużej jechali, żeby nadrobić nieprzespaną noc. Niestety, trzeba było wysiadać w Katanii. Nasze walizki ważyły po 20 kilo, więc przechadzka po rozpalonych brukach do wynajętej przez booking.com kwatery nadwyrężyła nasze siły. To było tylko 500-600 metrów, tylko że pod górkę, więc na spotkanie z gospodynią, która również czekała na ulicy, przybyliśmy zlani potem, pomimo iż walizki miały kółeczka. Kamienica, w której mieliśmy zamieszkać, prezentowała się lepiej niż większość jej sąsiadek, a kolorek miała niczym spleśniała jajecznica z proszku:

[Obrazek: al6dYb6oFdDqiRZntmYT8I69ILYkxxntmwTkFiDh...00-h600-no]

Do klatki schodowej wchodziło się przez ciemną bramę, w której gości witała Matka Boska Ścienna - takie kapliczki wpuszczone w mury na Sycylii są standardem i bardziej dziwne jest to, że gdzieś ich nie ma, niż to, że są.

[Obrazek: vdrMoBRg8r2waRHF77Ji1CnMvrKlyCn-QyPAWTNF...00-h800-no]

Klatka schodowa zrobiła na nas podwójne wrażenie. Po pierwsze - miała wyloty na zewnątrz, była pioruńsko duszna i kojarzyła się z renesansem. Po drugie - nie było w niej ani śladu windy. Kwatera znajdowała się na drugim piętrze, musieliśmy więc sami wtaszczyć walizy. Gospodyni starała się pomóc, ale wymiękła na pierwszym podeście. Gdybyście kiedykolwiek chcieli przespać się w katańskim "Sweat Dreams" przy dworcu - pamiętajcie: nie wolno wam zabierać w podróż walizek.

[Obrazek: nURjTpnir7GTaK8OPyMSpWQbgZh3PCMpiNt4kg-1...00-h800-no]

W apartamencie panował taki żar, że człowiek miał ochotę zedrzeć z siebie własną skórę, lecz paradować na golasa mogliśmy tylko do 21:59, bo od 22:00 mieli zamieszkać w drugim pokoju inni goście. Część wspólna, zwana przez gospodynię "living-roomem" wyglądała tak:

[Obrazek: GKR4Bd7HWa4fq5-0A9wkuqEyAJGZiti_ZsB4msYd...00-h600-no]

Pewną nadzieją natchnęły nas drzwi balkonowe, ale okazało się, że balkon wychodzi na rozgrzane podwórko-studnię, typowe dla sycylijskich kamienic. Mogliśmy sobie popatrzeć na sznury z praniem i martwotę wynikającą na poły z upału, a na poły z tego, że połowa mieszkań była pustostanami, które osiągnęły stan ruiny. W ładny gips się wpakowaliśmy!

[Obrazek: J8IxdMOio2LVsMwWSFCU-q3oEjPzAxI9Fw-4Tk2-...00-h800-no]
 
Nasz pokój też nie kojarzył się z oazą. Klimy nie było, gospodyni dała nam tylko wiatrak o łopatkach tak obłożonych zapieczonym kurzem, że ledwie dychał - zupełnie tak samo, jak my. Okna właściwie też nie było - tylko otworek, przez który można by było przesadzić głowę, gdyby nie... metalowa siatka. Moskitiera? Ciekawy był natomiast sufit, półokrągły, jak sklepienie w kaplicy. Takie sufity to w Katanii, niszczonej wielokrotnie przez Etnę, rzecz zwyczajna. Są odporne na trzęsienia ziemi.

[Obrazek: hq3YgOTEEzX1JeDJz2tNV9qwQP2KPoyN9kQb1t1T...00-h800-no]

W opisie apartamentu "Sweat Dreams" stało, że jego wielka zaletą jest wspaniały widok z okna. Oto jaki widok nazwano wspaniałym (a chodziło zapewne o cień cienia Etny):

[Obrazek: k6Xu6eoX_PvA5__3WC2gn6ymz6VOAU2uVpRjVdse...00-h800-no]

Krótką mówiąc, kiszka, pupa blada, fajans. Jak my tu wytrzymamy aż sześć wieczorów, sześć nocy i sześć poranków? Postanowiliśmy jednak nie płakać, tylko iść do miasta coś zjeść. Już pierwsze kroki po "naszej" dzielnicy ujawniły, gdzie zamieszkaliśmy. Po zapyziałych uliczkach spacerowały prostytutki, głównie czarnoskóre, niektóre przerażająco młode. Chodniki, jeśli w ogóle gdzieś były, obsiedli jak muchy czarnoskórzy mężczyźni, jedni na krzesełkach, inni na własnych czterech literkach. Rozmawiali bardzo głośno, bo przecież musieli przekrzyczeć muzę, a dokładniej rap wydobywający się z... tak, tak - z radiomagnetofonów, zwanych w Stanach boomboxami, takich, jakich u nas już się od dawna nie używa. Jeden z takich zaczepił nas, chcąc sprzedać - ludzie, ludziska - jeden but, wielki biały snickers, za duży nawet na mojego mężusia. Inni gapili się na nas złym okiem, bo pewnie wleźliśmy na ich rewiry, chociaż nie powinniśmy. Ale skąd mieliśmy o tym wiedzieć? Szliśmy na GPS-a i trochę na węch, to znaczy próbowaliśmy wyczuć w dusznym powietrzu zapach jakiegoś jedzenia. Trafiliśmy tylko na dziuplę z kebabem, ale choćbym miała umrzeć z głodu, kebaba nie zjem, bo raz, że nie cierpię, a dwa, że we Włoszech nie będę jadła arabskiego fast-foodu, tylko co najwyżej włoski. W bardziej cywilizowanej okolicy, do której dotarliśmy po 20 minutach, też nie było nic poza słodyczami. Mężuś usiłował przekonać mnie, że powinniśmy pójść na plac katedralny, do którego został nam niecały kilometr, ale już było za późno. Wściekłam się, zapiekłam jak ten kurz na wentylatorze i oświadczyłam, że wracam do domu i idę spać głodna, bo włóczenie się po tym menelowie mnie nie kręci. Dlaczego, och, dlaczego, nie wzięliśmy z Polski ani jednej paczki świętych, polskich kabanosów?

Mężuś postanowił się jeszcze rozejrzeć, lecz najpierw odprowadził mnie do "Sweat Dreams". W drodze wysłałam sms-a do gospodyni: przykro mi, ale apartament jest w podejrzanej okolicy, wszędzie pełno prostytutek i jacyś dziwni faceci oferujący przypadkowe towary. Odpisała: jest też kościół!

I wiecie co? Rzeczywiście był! Stary i brzydki, ale co tam, najważniejsze, że można było w nim poszukać pocieszenia...

[Obrazek: wsfNXFn0fCRGQTKOcVHbx03SiuKr9RnGDQxRIfpT...00-h600-no]

Niestety, już drugi raz tego dnia zaniechałam modlitwy. Poszłam prosto do domu, rzuciłam się na łóżko i natychmiast zasnęłam. Obudził mnie mężuś, sterany od biegania po mieście i namierzania przybytków gastronomicznych. Przekręcił dziesięć kilometrów, ale przyniósł dwie torby tavola calda, czyli ciepłych przekąsek, zaliczanych do street foodu, z którego Katania słynie - jak mówią - na całą Europę. Przyniósł też wielką butlę czerwonego wina. Usiedliśmy w living-roomie i próbowaliśmy. Podstawą ulicznej karmy są na Sycylii aranchini - spore kule ryżowe z rozmaitym nadzieniem, panierowane i smażone w głębokim tłuszczu. Dobre, chociaż smakowo zbyt podobne do siebie, wszystkie z jakimś ciągnącym się serem, pewnie mozarellą. Ale kto by narzekał w opisanej sytuacji? Zwłaszcza, że winko okazało się nadzwyczaj smaczne i doskonale "wchodziło" pomimo upału...

I tak właśnie wyglądały nasze pierwsze chwile na Sycylii. Dramatycznie? Hej, od tego przecież są podróże!
cdn.
Odpowiedz
#4
Czytam z zapartym tchem !
Sycylia jest mi zupelnie obca.
Wlasnie "placimy" koszty samodzielnie ogranizowanej podrozy autem po Starej Planinie w Bulgarii : juz druga gorska przelecz zamknieta z powodu rozsypujacej sie drogi zmusza nas do dlugiego objazdu.
Odpowiedz
#5
(29-07-2019, 12:51 )Pixi napisał(a): Wlasnie "placimy" koszty samodzielnie ogranizowanej podrozy autem po Starej Planinie w Bulgarii : juz druga gorska przelecz zamknieta z powodu rozsypujacej sie drogi zmusza nas do dlugiego objazdu.
Plany są od tego, żeby je zmieniać! Jedźcie gdzie indziej, postawcie na spontan - chyba, że już rezerwacje opłacone... Ale walka z wiatrakami dziwnie funkcjonującej obczyzny to część romantyzmu podróży. Ja też mam w planach Bułgarię samochodem - Wielki Come Back nastąpi prawdopodobnie w 2011 Smile
Odpowiedz
#6
2. CASTELMOLA

Większość wakacyjnych włóczęgów, przybywszy na 6 dni i nocy do Katanii, na pierwszy ogień wzięłaby zwiedzania miasta. Ma to sens, bo gdyby Katania okazała się oazą cudów, czy choćby Najweselszym-na-świecie-Miasteczkiem, urzeźbiłoby to dalsze plany. Ale z nami zwykle jest - i właśnie było - inaczej. Po nieprzespanej z powodu upału nocy zewu Katanii, zwanej Czarnym Miastem (z powodu dużej ilości lawy, chociaż więcej niż lawy spotyka się tam czarnoskórych), nie poczuliśmy. Na śniadanie były napoje z lodówki, po śniadaniu - ucieczka z rozpalonej kwatery na rozpalone ulice. Temperatura dochodziła do 40 stopni, bimetal w mózgu się przegrzał i wylądowaliśmy na dworcu autobusów dalekobieżnych z pomysłem, że najpierw jedziemy do Castelmoli - a co to za cudeńko, opiszę za chwilę - a potem schodzimy z niej pieszo opiewaną przez poetów Ścieżką Saracenów do zjawiskowej Taorminy, gdzie jest po czym pospacerować i jest co pozwiedzać.

Castelmola jest malowniczym miasteczkiem zawieszonym na skale zawieszonej pionowo nad zawieszoną ponad Morzem Jońskim Taorminą. Porównuje się ją do orlego gniazda i coś w tym jest... Aczkolwiek powiem uczciwie, że nie czuliśmy się jak orły, tylko jak oskubane bażanty zawieszone za nogi nad oknem od słonecznej strony (żeby skruszały) i myśleliśmy tylko o jednym: że "wyżej" znaczy "chłodniej".

[Obrazek: VMg3h-jyKTP9wAks3WdDnat6P9efqu9w3A4EQgRU...67-h800-no]

Jazda do Castelmoli po pionowej ścianie z głośnym trąbieniem autobusu na każdej serpentynie była w dechę. Bez wątpienia, na plac Św. Antoniego w Castelmoli zajechaliśmy z pompą. A tam czekał na nas nie tuzinkowy bruk, tylko lśniąca kamienna "posadzka"!


[Obrazek: YpH-K2Qx5qdCh1zk3l0FEqQU6nDA0np5WtvWm-jy...67-h800-no]

Wokół placu - miejskiego, bądź co bądź - nie było domów (może jeden czy dwa). Była za to balustrada, więc plac do złudzenia przypominał taras, i to widokowy - zza balustrady śmiał się do nas głęboki błękit morza, półwysep Św. Andrzeja i góry tworzące wspaniałą linię brzegową.


[Obrazek: 2KdwuzkyxOlrT02da-3mF5Alu3VOTiWsTubUoqgP...67-h800-no]
Kiszki zagrały nam marsza, może tak delikatnie chciały przypomnieć o tym, że jak będziemy za długo marudzić, to do Taorminy zejdziemy po zachodzie słońca i powrót do Katanii odbędzie się z buta... Muszę wyznać, że przez cały pobyt na Sycylii w środku dnia, to jest w porze lunchu, raczyliśmy się owocami, lodami i lokalnymi słodkościami, unikając jak ognia dań obiadowych, a nawet - co w moim przypadku jest niesłychane - kawy. Zapoczątkowanie owej tradycji odbyło się właśnie w Castelmoli, gdzie do sklepiku na czterech kołach, zaparkowanego u podnóża zamku, zwabił nas smakowity zapach moreli i brzoskwiń. Smakowały jak ambrozja, więc nie pożałowaliśmy ich sobie, już się nawet nie przyznam, ile tego połknęliśmy. Ale spoko, trochę dla innych jeszcze zostało...

[Obrazek: jYTwTLI5oclMUr2YaYen10VZZLdLSneusKMTzyjM...67-h800-no]

Posileni, ruszyliśmy w uliczki wnikające w zabudowę miasta jak szczeliny.

[Obrazek: ZxB26oMdjvViNRXsL3nR66D3eYuLu_8zqoa_fTpY...00-h800-no]

Szybko zauważyliśmy, że mieszkańcy Castelmoli (jak i całej Sycylii) żywią upodobanie do donic balkonowych w kształcie ludzkich głów naturalnej wielkości, zaś szczególną estymą cieszą się głowy Saracenów, czyli Arabów. Dlaczego? Wyjaśnia to legenda. W czasach panowania arabskiego na wyspie pewna Sycylijka miała kochanka Araba, który ją oszukał, gdyż obiecywał wspólne życie, tymczasem był żonaty i dzieciaty. Kobieta nic mu nie powiedziała, tylko zgotowała vendettę w sycylijskim stylu. Ululała go poprzez "przerobienie" całej Kamasutry, a gdy spał, obcięła mu głowę. Czubek głowy ścięła, w żyznym podłożu z mózgu zasiała bazylię i wystawiła na balkon. Bazylia wyrosła tak szybko i bujnie, że wszyscy zapragnęli mieć podobne doniczki... Nie wiem, czy na Sycylię nadciągnęła wtedy fala masowych dekapitacji Saracenów, ale fakt jest taki, że od tej pory na większości balkonów stoją donice-głowy (koszt tych w najlepszym gatunku to ponad 1000 euro, za zwykłą chińszczyznę trzeba zapłacić około 60-70 euro):

[Obrazek: 1QrybEVXxXjvDC39qMNhqa0-OTbD9ruVHwe1_ild...67-h800-no]

W końcu trafiliśmy na Piazza Chiesa Madre, placyk maleńki jak łazienka i jak łazienka wyłożony kafelkami. Tam objawił się nam słynny, kilkupiętrowy Bar Turrisi, oflagowany na czerwono.

[Obrazek: zZuR5SCzZ9wl1OqoCgPpSlEMa_XL4ukWBdOkXNEf...67-h800-no]

I poszliśmy tam na kawę i wino, acz nie dla kawy i wina, ani nawet nie dla chwili wytchnienia. Po co zatem? Dla sztuki! A tak naprawdę dla spojrzenia na Penisowy Zawrót Głowy. Nie chodzi tu o żaden seks klubik, o żadną scenę ze spektaklami dla dorosłych, tylko o wystrój wnętrza, będący jedną wielką kolekcją drewnianych, mosiężnych, szklanych, ceramicznych i jakie kto sobie jeszcze wymarzy penisów. Oto przykład:

[Obrazek: MzFhy966NIt9-5XWJ0Xu0FUhKpkjz-TT9aXTib8C...00-h800-no]

Nazwanie tego wszystkiego "sztuką" obraża sztukę, ale pozwoliłam sobie na to słowo, gdyż bar był jak galeria, obstawiony i obwieszony wizerunkami męskiego przyrodzenia, z reguły imponujących rozmiarów, a ludziska spacerowali po nim z piętra na piętro jak po muzeum, nie unikając przy tym focenia się z dzióbkiem, by móc się pochwalić na portalu społecznościowym udanym urlopem. Nie powiem, żebyśmy w Barze Turrisi wpadli w zachwyt nad finezją twórców, czy choćby nad pomysłowością właściciela (który zapewnia sobie w ten sposób gości i zarobek, twierdząc przy tym, iż penis to nie tani chwyt reklamowy, tylko znany od starożytności i wykorzystywany w celach zdobniczych symbol płodności nadający domostwu "duszę"). Ale kawka była dobra (była to jedyna kawka, którą wypiłam na mieście podczas całego 20-dniowego pobytu na wyspie). Dosyć dobre okazało się też lokalne, produkowane przez rodzinę właścicieli baru lat vino di mandorla czyli wino... migdałowe. Receptury na ów trunek mają korzenie w starożytności, niektórzy twierdzą nawet, że od czasu swego powstania nie uległy zmianie. Tak czy siak, winko smakuje właściwie jak wermut, ma wyraźną nutę ziołową, czuć też aromat migdałowy - taki jak do ciasta. Wino w wersji białej serwuje się z wrzuconą skórką z cytryny lub pomarańczy w klasycznym kielichu. Natomiast czerwone, będące nowinką produkcyjną, firma stawia klientom gratis w dość osobliwych naczyniach...

[Obrazek: qQX2vxaEKpGhopPNX1pmCfvv605Fe-OjwktThQaa...00-h800-no]
Po winku mężuś poszedł napełnić butelkę wodą ze studni, ja zaś udałam się na wyższe kondygnacje baru. Jakiego też penisa zobaczę, kiedy się wespnę po kutych w stali schodkach na najwyższy taras? No i zobaczyłam - wracającego mężusia...

[Obrazek: VM6a9PBCsxgWrc_oi5Yxxsi1oJ9GpZj_GDOkcgIP...00-h800-no]

W stojącym po sąsiedzku z Barem Turrisi kościele Św. Mikołaja (ale nie tego od prezentów, tylko z Bari) zadumaliśmy się nad... obleśnością baroku. A może nie nad obleśnością baroku, tylko preferencjami seksualnymi artysty, który wyrzeźbił podobizny świętych Kosmy i Damiana? Chodzi o to, że Kosma i Damian absolutnie nie przypominają mężczyzn (którymi przecież byli)... Gdyby nie to, że rzeźby mają kilkusetletni rodowód, zaś galeria penisów powstawała w ciągu ostatnich kilkunastu (czy może dwudziestu kilku) lat, można by powiedzieć, że zniesmaczająco mizogyniczni Kosma i Damian są antidotum na nadmiar "falliczności" panujący w sąsiednim przybytku. Jednak kolejność powstania obu tych obiektów na osi czasu wskazuje na to, że antidotum były raczej penisy! 

[Obrazek: JP3kNsmH7Tdba36DJQTe8GY2JHUfqyl68-7ZSIPm...67-h800-no]

Gdy wychodziliśmy z Castelmoli na Ścieżkę Saracenów, oleandry szalały... Takich oleandrów jak na Sycylii, uginających się od kwiatów, nie widziałam jeszcze nigdy w życiu - a spotykałam je już na swej drodze dziesiątki, jeśli nie setki razy. Ileż to śmiertelnej trutki zgromadziła w swym łonie Sycylia! W starożytnej Grecji i Rzymie popełniano samobójstwa jedząc oleandra i chociaż dzisiaj się już tego nie praktykuje, ta piękna roślinka nadal kusi trucicieli oraz desperatów. Wyczytałam też w necie ciekawostkę, że oleander może być jedną z kilkuset roślin biblijnych, tzw. "różą jerychońską" (chociaż przyjęło się obdarzać tą nazwą roślinę zgoła inną i nie opisywaną w Biblii, amerykańską widliczkę, która żyje na pustyni i kurczy się w czasie suszy, zaś po nasiąknięciu deszczówką puchnie i "rozwija się" jak kwiat, w rzeczywistości kwiatów nie mając).

[Obrazek: m5L6OLDsUbQKrSRp9FCUydguVwwMAkoVo3jOecwg...67-h800-no]
Ścieżka Saracenów to około 5-kilometrowy szlak pieszy łączący Taorminę i Castelmolę, wijący się na dosyć stromym zboczu góry. Można go pokonać w odwrotnym kierunku niż my, ale letnią porą jest to gorąco odradzane, gdyż cienia jest na nim niewiele, a wody wcale, więc nad piechurem wisi groźba wyschnięcia i obrócenia się w proch. Teraz wiem już z doświadczenia, że w lecie nawet przy schodzeniu człowiek się umęczy i wypije cały zapas wody, jaki ze sobą wziął, zaś po przyjściu do miasta pierwszą rzeczą, za jaką się rozejrzy, będzie coś zimnego do picia (i może być drogo, byle dużo). O tym, jakie warunki panują w lipcu na ścieżce może świadczyć fakt, że idąc nią nie spotkaliśmy ani jednej osoby - tylko parę jaszczurek.

Ścieżka jest wybita płaskimi kamieniami, a miejscami przybiera formę schodów, więc idzie się dosyć wygodnie, o ile ma się na nogach buciki trekkingowe (my byliśmy w trampkach, więc nie było najgorzej, ale podeszwy stóp potem trochę bolały). Głównym ocieniaczem jest opuncja, o czym należy pamiętać, gdy się przysiada w skrawku cienia z zamiarem wypoczęcia poprzez oparcie plecków.

[Obrazek: K1dvluW7bMkwOmzsiSou7KO_ky9-iD-R0Ou_dqEX...67-h800-no]

Widoki ze ścieżki są non stop malownicze, najpierw na góry, morze i miasto, potem na morze i miasto bez gór, a na końcu już tylko na miasto. Przy ścieżce stoi 2000-letni kościółek Św. Błażeja, pierwsza założona w tej okolicy świątynia chrześcijańska. Z zewnątrz jest uroczy!

[Obrazek: Je5vthFjCBYSDY-uIaIdk4x8LnMHVi_JxSoQuPqo...67-h800-no]


Jeżeli piszę, że kościółek jest uroczy z zewnątrz, to znaczy, że do wnętrza się nie w ogóle nie wchodzi (czyli nie wiadomo jak tam jest), albo że wnętrze nie jest urocze. I to jest właśnie ta druga opcja. Powaliło nas wszystko: ołtarz, freski, żyrandol... a do tego woń "kadzidła" czyli rozkładającego się moczu. Nie wiem, kto tam sika, ale nie wierzę, żeby byli to chrześcijanie. I zadaję sobie pytanie: jak doszło do tego, że zabytek z I wieku n.e. znajduje się w tak opłakanym stanie, w każdym razie od środka?

[Obrazek: _RPiAlgKlhcoOfxGrSUzaGZotDnMIiIi9gT5SDGo...00-h800-no]

Poniżej kościółka ścieżka przybrała bardziej górski charakter, wygodny bruk stopniowo znikał, trzeba było patrzeć pod nogi, parę razy pojechaliśmy na luźnych kamyczkach. Im bliżej Taorminy, tym było gorzej, choć zdarzały się wyremontowane odcinki. Niewygody wynagrodziły nam otaczające ścieżkę skalne ogrody.
[Obrazek: frn9yJMN4Q8xMLjd-7QGPUFIZyLbFG4xTaIrAP9K...67-h800-no]

W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że popełniliśmy jakiś błąd, bo sanktuarium Skalnej Madonny w Taorminie ukazało się ponad nami (a mieliśmy zamiar je odwiedzić). Tak się zwykle kończy maszerowanie z GPS-em! Nie pozostało nam nic innego jak machnąć ręką i wkroczyć do Taorminy od innej strony. A o tym, co w Taorminie, napiszę w następnym odcinku.

cdn.

Odpowiedz
#7
Ubawila mnie twoja penisowa opowiesc.
Co do zwiedzania w srodku upalnego dnia latem - to tubylcy, gdziebysmy nie byli, mowia ze w poludnie chodza tylko wariaci i ... turysci. No coz, wakacje sa tak krotkie, ze inczej nam nie wypada ....
Odpowiedz




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości